niedziela, 26 czerwca 2016

Sila wodospadu

Co mozna zrobic z sila wodospadu ?
Mozna na przyklad - posprzatac biurko z sila wodospadu,  spowodowac w lazience lub kuchni sile wodospadu, tworzyc z sila wodospadu, myslec z sila wodospadu i tak dalej i tak dalej...

Ja dzisiaj sprawilam sobie prysznic z sila wodospadu...
Za duzo emocji ostatnio...
Jest mi lzej... ;)





Ciekawa jestem co Wy robicie z sila wodospadu ?
Pozdrawiam Was serdecznie :) 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Byc Kobieta :)

Pewnego dnia robie zakupy z Synem w drogerii.
Podczas gdy ja szukam bezbarwnego lakieru do paznokci moj Syn podsuwa mi pod nos puder w kamieniu i pyta do czego to sluzy ;)
I tak wywiazuje sie rozmowa, ktora konczy sie stwierdzeniem mojego czternastoletniego pierworodnego :)
A mianowicie...
- Mamo, jak to dobrze, ze nie urodzilem sie kobieta ;) Kobiety maja gorzej ;)
- Dlaczego gorzej ? - pytam
- Musza rodzic dzieci, maja okres i to napiecie jakies tam przed nim, wydaja fortune na kosmetyki, robia sobie jakies brwi permanentne...
... zamurowalo mnie - nie wiedzialam, co powiedziec wiec strzelilam glupi usmieszek ;)
- Ale masz fajna mine - uslyszalam - po czym dodal - kocham cie mamo :)



Zdjecie roz dla Wszystkich Kobiet odwiedzajacych Orszulkowo :)

piątek, 17 czerwca 2016

Sześć lat z życia dzikiej czereśni…(zwanej też trześnią albo cześnią)

Mialam napisac wstep...

Bardzo bylo mi smutno, gdy przeczytalam pozegnalny post Oli i Cezarego z bloga "Pod tym samym niebem" 
Czytajac Ich blog zawsze bylam pelna ciekawych przemyslen i wzruszen...
Tesknilam...Nie tylko ja...
Napisalam do Oli...
Owocem naszej korespondencji jest ponizszy tekst.
Olenko - bardzo Ci dziekuje, ze moge Cie goscic w Orszulkowie - czuj sie tutaj jak u siebie :)
Orszulka

**********************************************************************************************************************

Ola pisze...

   Pierwszy raz zobaczyłam ją w lipcu 2010 roku. Najpierw spojrzałam na nią. Nie na dom. Rosła wówczas na podwórzu w towarzystwie dzikich chaszczy oraz ogromnej stodoły. Z powodu bezpośredniej bliskości tej stodoły była krzywa i pod dziwnym kątem przechylona. Nigdy nie podcinana. Dzika. Obwieszona kiściami dorodnych jagód. Zapraszająca, aby przedrzeć się przez otaczające ją pokrzywy i sięgnąć po słodkie owoce. Sięgnęłam. Przymknęłam oczy z rozkoszy. W tym smaku, w aromacie odnalazłam radość dzieciństwa, nadzieję odrodzenia, słodycz niewinnych, letnich obietnic. To ona pomogła mi zdecydować, że tutaj, właśnie tutaj będzie moje nowe miejsce.
 

   Była z nami wtedy, gdy następnego roku rozbieraliśmy stodołę. Dodawała sił, gdy w przerwach między piłowaniem starych krokwi i taszczeniem dachówek przysiadaliśmy na moment na ławce i łapczywie wgryzaliśmy się w jej soczysty miąższ. Budziła beztroski śmiech, gdy młodziutka Zuzia łapała w locie rzucane jej jagody i pożerała z apetytem albo obsługiwała się sama obrywając owoce z trzymanych przez nas gałązek. Czereśniowa Zuzia, my zdrowi, ustrojeni kolczykami z czereśni radośni, wiecznie młodzi, pełni ufności w nasze siły…


   Trześnia pozostała na straży obejścia, gdy już stodoła nie zasłaniała jej słońca oraz widoku na pola i lasy. Z ciekawością spoglądała w dal. Poznawała niedostępną dotąd przestrzeń. Rozpoznawała nas, gdy wracaliśmy z wędrówek do domu. Witała brzęczeniem pszczół i trzmieli oraz miauczeniem któregoś z kotów siedzących bezpiecznie w gąszczu jej zieloności.
   To w jej cieniu odpoczywaliśmy w upalne dni. Chroniła nas przed skwarem. Zasłaniała przed światem. Opowiadała baśnie i ciekawe historie.  Obdarzała czułym poszumem liści i nie raz usypiała, gdy spoczywaliśmy pod nią ufnie na leżakach. Jesienią zachwycała zmienną barwą listowia. Bywało ono wówczas łososiowo-różowe, pomarańczowo-bordowe, rudo-brzoskwiniowe, bananowo-złote. Wiosną wzruszała niewinną bielą płatków kwiatów a potem koralami smakowitych, pąsowych owoców. Śpiewałam jej rzewne, stare piosenki. Nuciłam nowe. To pod nią najmilej nam było przyjmować gości ze świata oraz zaprzyjaźnionych sąsiadów. Tu żartować, śmiać się, zwierzać sobie albo milczeć słuchając koncertów świerszczy. Planować kolejne prace gospodarskie, naprawy i przebudowy. Patrzeć na to jak wszystko nam pięknie w ogrodzie rośnie i cieszyć się zebranymi darami ogrodu i pola. Siedząc na zrobionej przez Cezarego ławie przyjemnie było popijać musujący napój z kwiatów czarnego bzu albo wspaniały kompot trześniowy, przesycony niezwykłym aromatem gorzkich migdałów. Zajadać zupy jarzynowe z nietypowo wielkich, chłopskich talerzy ustawionych na stole autorstwa również mego męża. Ależ to były pychoty. Dobre, pogodne chwile pod krzywą cześnią…





   Jednakże dwa lata temu zaczęliśmy się martwić o naszą trześnię. Na jej pniu pojawiły się liczne pęknięcia oraz pleśń. Kora zaczęła się łuszczyc wielkimi płatami i obłazić niczym skóra z oparzonego ciała. Coś najwidoczniej zaczęło jej szkodzić. Nie mieliśmy pojęcia, co to być mogło…? Zdało się nam nawet, iż cześnia mocniej się przechyliła. Jej gałązki stały się kruche a owoce mniej dorodne. Trzeba było podciąć kilka szczytowych gałęzi by odciążyć nasze ukochane drzewo. Tak tez zrobiliśmy. Mieliśmy nadzieję, że to je uratuje, że odrodzi się i następnego roku wypuści nowe gałęzie, pokazując znowu swą siłę i urodę. Jednak mimo wszystkich starań cześnia skrzywiała się coraz bardziej. W wietrzne dni skrzypiała i skarżyła się na bóle reumatyczne w kościach i rozlicznych pęknięciach. Rana otwierająca się na jej korze powiększała się i powiększała ukazując ziejący lękiem krater.

   W zeszłym roku wiosną jedna z mocniejszych, czereśniowych gałęzi utrzymała dwa koziołkowe ciała, gdy dokonać się musiała w naszym gospodarstwie sprawa ostateczna z nimi.  Trześnia to wytrzymała. W milczeniu przyjęła ofiarę krwi spływającą w mroki jej korzeni. Po wszystkim poważnie spojrzała mi w oczy i szepnęła, że takie jest życie, że czasem nie da się uciec przez najgorszym. Wiedziałam, przeczuwałam to, ale w sercu zalęgła się nowa drzazga.
 - Ileż serce tych drzazg znieść może…?  - zapytałam gładząc pień drzewa. Ono coś mi odrzekło, ale pierwszy raz nie zrozumiałam. Wkrótce potem niebo zaciągnęło się burzowymi chmurami. Wiosenny deszcz łączył się z łzami. Z targanej wichurą trześni opadło mnóstwo młodych liści… Ale stała. Ciągle wytrwale stała wpatrując się w ziemię i niebo. Czas mijał, zsyłając pogodę i niepogodę. Nowe bóle nam i drzewu, ale i nowe nadzieje. Dzika czereśnia z podwórza nadal dawała dużo cienia. Nadal miło było odpocząć pod nią nam i naszym psom. Przytulić się i zwierzyć ze swych trosk. Zrzucić z serca ciężar. Odetchnąć.

   W tym roku jednak stan drzewa był już tak zły, że wydało z siebie zaledwie kilka owoców. Nie zdążyły się nawet zaczerwienić a już sczerniały i opadły. Jakaś rezygnacja oplotła nas i bezbronną czereśnię. Serce biło w niej niepewnie. Pień zmiękł tak bardzo, iż można było wkładać weń palce niczym w masło. Rana powiększyła się ukazując sam rdzeń kruchego życia.  Drzewo w każdej chwili groziło zawaleniem i jakimś niebezpiecznym wypadkiem dla kogoś z nas znajdującego się akurat w pobliżu.
Trzeba było więc podjąć decyzję. Smutną dla nas, bo ostateczna...
W siąpiącym od rana czerwcowym deszczu ścięliśmy ukochaną trześnię. Gałąź po gałęzi. Pierwszy raz ujrzeliśmy to, co było dotąd dla nas zakryte - różowo-łososiowy środek pnia. Wówczas obudziły się w nas wyrzuty sumienia. Bo ten środek raptem wydał się nam całkiem zdrowy. Chyba tylko na zewnątrz trześnia chorowała. Może nazbyt pochopnie ją ścięliśmy? Może by jednak wytrwała kolejne lata? Może by się odrodziła? Cóż!  Za późno na takie żałosne rozmyślania. Stało się. Takie jest życie. Nie odwróci się przecież czasu. 




   Przygnębieni zanosiliśmy kawałki trześniowego drewna pod wiatę i nic do siebie nie mówiąc układaliśmy je troskliwie do wyschnięcia. Psy kręciły się w pobliżu ze spuszczonymi ogonami albo schowane w budach spoglądały na nas z niemym wyrzutem. Tylko kozy pasły się zadowolone na bujnym listowiu dzikiej czereśni i chrupiąc ze smakiem zastanawiały się pewnie skąd nagle taka cześniowa, wspaniała uczta…?



   Dziwnie pusto teraz na naszym podwórzu. Goło jakby i obco. Spoglądamy jednak z nadzieją na młodą trześnię. Córkę tej ściętej. Rośnie nieopodal kikuta pnia matki - tuż przy oczku wodnym. Zdrowa, strzeliście prosta i pełna wiary w dobrą przyszłość. Obiecująca powrót beztroskich lat, rzewnych pieśni i słodkich owoców. I my wierzymy, że kiedyś spróbujemy jej jagód a w cieniu czereśniowego listowia ustawimy nasze leżaki i ułożywszy się na nich w pogodny dzionek westchniemy z ulgą słuchając nowych trześniowych opowieści i bajań…

środa, 15 czerwca 2016

Odjazdowe przygody...

Kilka dni maja i pare dni czerwca spedzilam w polskim Orszulkowie.
Prawie 10 dni...
Podczas tych prawie 10 dni wiele sie wydarzylo :)
Spotkalam sie z Lidia i Jej Malzonkiem,  spotkalam sie z Inkwizycja, Padre i Ada - Thrima, odwiedzilam moja Hale, wyprawilam urodziny mojemu Tacie, odwiedzilam Bozkowice i nasz domek nad jeziorem niedaleko Zamku Czocha.
Z moja Halinka pojechalysmy na koncert zab, ktory to roznosil sie w pokopalnianych klimatach rebiszowskich :) Przywiozlam z tego koncertu pewnego kleszczowego lokatora na mojej nodze, ktorego sie pozbylam nastepnego dnia...
Odwiedzilam rowniez Geopark - Kopalnia Sw. Jana w Krobicy - bardzo polecam wszystkim, ktorzy tam jeszcze nie byli, a maja zamiar przyjechac w izerskie klimaty :)
Miejscowym tez bardzo polecam ;) Tylko prosze sie cieplo ubrac :)
Prawie 10 dni szybko minelo...i z wielkim zalem, trzeba bylo wracac do wielkiego miasta London, gdzie ciszy nie uswiadczysz...
Dzien odjazdu...
Spakowalam walizki, ogarnelam moje mieszkanko, pozegnalam wszystko to i Wszystkich Tych, ktorych lubie i udalam sie do odleglego o 15 km domu rodzinnego, z ktorego mielismy wyruszyc na lotnisko we Wroclawiu.
W domu rodzinnym czekal na mnie pyszny obiad - placek po wegiersku w wykonaniu mojego Taty - mowie Wam - jest najlepszy na swiecie, jadlam wiele plackow po wegiersku ale te, ktore serwuje moj Tato to poezja smaku :)
No i nadejszla chwila wyjazdu...
Wsiadam do auta, przekrecam kluczyk a tu...zonk. Cisza... ;)
Nie wylaczylam swiatel, gdy podjechalam pod dom rodzinny...Akumulator siadl...
Nie przyznalam sie oczywiscie do tego i bardzo wszystkich namawialam,  zeby wypchac auto i odpalic go z gorki /dobrze, ze jest gorka/...
Autko szybko odpalilo, Tato otworzyl maske, zaczal cos tam szperac...a ja wtedy sie przyznalam co poczynilam ;)
Uwzgledniajac to moim strachem przed opierniczem ;)
Na wroclawskie lotnisko dojechalismy szczesliwie.
Odprawa.
Rozbieranie butow, zdejmowanie paskow i tym podobne.
Bagaz na tasme z "przeswietlarka"
Czekam - wyjezdza moja walizeczka ale moj plecaczek wyjezdza w druga strone - do kontroli...
Goraco mi sie zrobilo...Przeciez nic nie przemycam, co ja takiego tam mam...mozg mi buzuje od myslenia...
Mily pan, prosi o otwarcie plecaczka, wyjmuje cala zawartosc / czego tam nie bylo..., matkoicorko /...i co ja widze ?
Widze moje ulubione nozyczki, ktore to kilka dni wczesniej ulokowalam w plecaczku z konkretnym planem wykorzystania ich.
Niestety zapomnialam ich wyjac przed wyjazdem... i zostaly mi zabrane z podejrzeniem, ze bede chciala zrobic komus cos zlego w samolocie.
Wiem, ze to tylko nozyczki ale...darzylam je taka sympatia...Ech...Byly takie ostre, zgrabne i powabne... ;)
Na szczescie mam inne..



Dla wielbicieli mojego Feliksa ogrodowego...ktory kocha obserwowac slimaki ;)





 Pozdrawiamy orszulkowofeliksowoogrodowoslimakowo :)





piątek, 10 czerwca 2016

Niebo...

...lubie na nie patrzec :)
Zawsze i wszedzie :)

Ponizsze niebo  karkonoskie, jechalam autem, zatrzymalam sie, wysiadlam z auta i...

Pstryk...po raz pierwszy.


...pstryk po raz drugi.


Pstryk po raz trzeci...i kontynuowanie podrozy.



Milego weekendu Wam zycze, z pieknym slonecznym niebem :)

środa, 8 czerwca 2016

Zielony domek

Dlugo mnie tu nie bylo...
Dlugo zajelo mi napisanie kontynuacji poprzedniego posta...
Wszystkich, ktorzy czekali bardzo przepraszam.

 ***********************************************************************************

Pomalutku kroczylam zakopianskimi uliczkami rozgladajac sie z wielka ciekawoscia, podziwiajac dalekie gorskie szczyty.
Dzien byl sloneczny, radosny.
Weszlam na ulice Kamieniec. Serce coraz mocniej bilo.
Mijalam kolejne domy i czekalam na  ten jedyny zielony.
Widzac go usmiechnelam sie :)



Przy furtce czekal Tropik. Sliczny, madry piesek.


Mika czekala troszke dalej od furtki.
Nasze powitanie bylo bardzo serdeczne, bo jakze by moglo byc inaczej.
Rozmawialysmy, rozmawialysmy i rozmawialysmy pijac przepyszna herbatke z owocu granatu, zagryzajac slodkosciami.
Czas tak szybko i przyjemnie mijal - zrobil sie wieczor, ktory zapachnial floksami :)


Moj pobyt w Zakopanem trwal kilka dni i kazdego dnia po wedrowaniu pedzilam do Miki :)
Mam nadzieje Mikus, ze nie mialas mnie dosyc ;)
Kazdego kolejnego dnia czulam sie coraz bardziej smiala, pokazujac swoje prawdziwe oblicze ;)
Czulam sie jak u siebie :)

Robilysmy dzemy z moreli, zakupy na targu, odwiedzilysmy piekne zakopianskie uliczki i wiele ciekawych miejsc.
Wybralysmy sie do teatru Witkacego w Zakopanem.
Piekne chwile.
Dzieki Mice, moglam osobiscie poznac i uscisnac dlon aktorow, ktorzy grali sztuke Panopticum wg. tekstow Juliana Tuwima.

Jadac do Zakopanego nie wiedzialam, ze czeka mnie jeszcze jedna cudna niespodzianka :)
Spotkanie z Kalipso.
W pewien cieply wieczor Kalipso pojawila sie w zielonym domku :)
Minela sciezke z Mikowym dorodnym jasminem i ujrzalysmy sie w realu :)
Wydaje mi sie, ze Kalipso chyba nie mogla uwierzyc ze ja to ja ;)
Pozniej sie przyznala, ze zupelnie inaczej mnie sobie wyobrazala :)


Przy pysznej kolacji gawedzilysmy sobie do poznej nocy.
Zal sie bylo rozstac...
Kalipso nastepnego dnia wyjezdzala z Zakopanego, ja rowniez...

Mika, chcialam Ci bardzo podziekowac za czas spedzony z Toba.
Twoje towarzystwo bylo dla mnie najwiekszym prezentem podczas mojego pobytu w Twoim miescie.
Jestes bardzo ciepla, wrazliwa i serdeczna Osoba. Bardzo dzielna.
Jesli tylko bede mogla przyjade ponownie aby spedzic z Toba piekne chwile, bo wiem, ze tylko takie beda w Twoim towarzystwie.

Kalipso, dziekuje za nasze spotkanie.
Zawsze bede je wspominala z wielkim sentymentem i nadzieja, ze ktoregos dnia je powtorzymy.
A nasze rozmowy, nie beda mialy konca :) 
Pieknie wygladalas w chuscie goralskiej :)

I wiecie co ?
Napisze to jeszcze raz - Panie Blogger - dziekuje Ci :)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)